Tutaj wstaw znak logofacebook

 

Dziennik podróży rozpocząłem 21-go grudnia 2015.

Do dziennika podróży:

19.12.2015, spedycja Raben Group oraz ich partner w Hiszpanii mają u mnie czekoladę! Rower dostarczyli do hotelu B&B w Alicante kilka dni przed moim przylotem. Jednak Sobotę poświęciłem na odstresowanie się czyli San Gabriel, spacer i małe zakupy w Aldi.
Po drodze z hotelu, wspaniale zagospodarowany park. Czy ktoś z was pamięta, aby władza w waszym mieście/wiosce założyła jakikolwiek park, ogród, etc, etc? Nic tylko CH i markety czym to się skończy?

fot002

------------------------------------------------------------------------------------------------------

20.12.2015, Niedziela. Po hiszpańsko-polskim śniadaniu (oprócz słodkich były też normalności) rozpakowanie kartonu i montaż sakw. Czasu było dużo, więc trzeba na zwiad! Opłaciło się i decyzja na jutro że Etap 1 zacznę inaczej niż planowałem.
Etap 0, czyli Prolog SEB.

Garmin: 48,2km; 2:01:39; 23,78km/h (rower bez sakw); AVGhr 105; kalorie 562; wznios 297m.

fot003

------------------------------------------------------------------------------------------------------

21.12.2015, ETAP 1: 166km, ALICANTE-Alguena-Jumilla-Hellin-ELCHE de la SIERRAW.

Niedzielę zrobiłem zwiad co się opłaciło korektą trasy, więc z Alicante pojechałem na CV-86. Ujechałem kilkanaście kilometrów i musiałem na dłuższy postój: poprawiłem wysokość siodełka; od razu poczułem ulgę, jakiś czas później znowu o parę milimetrów do góry. Zmiana butów oraz bloków – to była główna przyczyna poprawek. Do Aspe intensywny ruch samochodowy i tylko marzyłem o zmianie kierunku jazdy. Plan był taki aby dojechać do Elche, choć za Pinoso górki dały się we znaki i prędkość średnia spadała cały czas (fotka: Sierra del Carche).

Przed Hellin wspaniale oznakowana droga omijająca centrum a potem najprawdziwsza Hiszpania (co miało trwać aż do granicy z Portugalią): prawie puste drogi, szerokie asfaltowe pobocze i rewelacyjne zachowanie kierowców; nawet po prawej stronie za linią ciągłą - zanim wyprzedzili wyraźnie zwalniali, często pozdrawiali używając klaksonu lub przez otwartą szybę, bien y feliz! Po drodze coraz więcej “dzikich” farm, a na nich trzoda (czyli świnie z orzechową skórą lub nawet prawie czarną), krowy i woły (byczki), owce – wszystko to pasące się wśród drzew, krzewów – niech żyje demokracja i wolność, nawet jak ma trafić na  talerz. Do Elche dotarłem juz o zmroku; miałem już dość i robiło się chłodno. O rozbiciu namiotu przestałem myśleć; wjeżdżając do Elche od razu trafiam na hotel Moreno (miałem dane z internetu): mała recepcja, rodzinna obsługa i hiszpański hałas koło barku – standard. W pokoju szybko wciągam Izolat/białko, biorę przedłuuuuuuuuugi natrtysk i schodzę do ristoro i zaczyna się: mięso, patatas fritas (standard) i coś do picia. Wracam do pokoju, gotuję ryż z ziołami na jutro i zanim ostatnie dźwięki do mnie dotarły odjechałem w zdrowy oraz błogi sen.

Etap 1, Garmin: 166km; 8h10min; 20.36km/h; AVGhr 128; kalorie 3252; wznios: 1693m

------------------------------------------------------------------------------------------------------

22.12.2015, ETAP 2, 140km: ELCHE de la SIERRA-Zapateros-Reolid-Villanueva de la Fuenta-Villahermosa-VALDEPENAS. Ciężko było się zebrać od Moreno. Spakowałem ugotowany ryż, sakwy, itd. Na dole jeszcze małe śniadanie i cafe. Zapłaciłem i wyjechałem ok. 10.30. Na trasie: To ta spokojna, sielankowa Hiszpania, viva i otym marzyłem! Mała przerwa na Puerto de las Crutas (1300mnpm.), a wynik dotychczasowy mówi sam a siebie: 47,50km, wznios: 1031km, AVGhr:128, AVGkmh:16,2; kalorie:1329, waga wszystkiego razem 120kg, plany? 100km na dziś to będzie coś... c.d.n.

c.d... Prawie żaden ruch samochodowy, choć na pewnym odcinku (przed Reolid) pojawiły się ciężarówki z wannami. To pobliskie kopalnie i odkrywki. Za Villahermosa bardziej płasko, a pogoda wspaniała z tym, że ubranie na cebulkę. Rano było ok. 5 stopni, potem do ok 19 i znowu ochłodzenie na zakończenie dnia. Nie pada – to najważniejsze. Przed Valdepenas intensywnie myślę o noclegu, to dopiero drugi etap a zaczynam czuć zmęczenie; w końcu jadę czołgiem a nie 7kg kolarzówką. Trafiam na bar/hotel gdzie dają mi jeść i pić za dobre pieniądze, potem kieruję swoje w kierunku... łóżka i odjeżdżam.

ETAP 2, Garmin: 140km; 7h; 20.12km/h; AVGhr 123; kalorie 2829, wznios 1455m

-------------------------------------------------------------------------------------------

23.12.2015, ETAP 3, 171km: VALDEPEŃAS-Moral de Calatrava-Aldea del Rey-Almodovar-Cabezarados-Saceruela-(N-430)-PUEBLA de Don RODRIGO (stop za wioską) Wyjechałem o 08.15 z cichym planem zrobienia długiego dystansu. Rano było poniżej zera, co było widać na pagórkach, mimo to teren nie był górzysty, jednak po parunastu kilometrach miałem absurdalny pomysł, żeby.... zawrócić i dopić piwo w Valdepeńas, naprawdę! Jechało się coraz ciężej. Odnosiłem wrażenie, że ktoś przytrzymuje rower za bagażnik. Dla pewności obracałem głowę do tyłu ale nikogo nie było za mną. Czasem spokojnie pasące się bydło spoglądało na mnie, jakby z zaskoczeniem: “ a ten skąd się urwał?” Powoli miałem dość i zacząłem analizować całą sytuację  myśląc o ewentualnym dniu odpoczynkowym. Na razie jechałem. Tętno spadało, a byle jaki podjazd męczył mnie strasznie. Stawałem coraz częściej; robiłem rozciąganie, trochę masaż stóp. W Cabezarados zdecydowałem się na ciepły posiłek: nie dogadałem (co wyszło na dobre!) się z camarero i teraz muszę zjeść 2 dania, widocznie kelnerowi zależy żebym jechał i jechał. To nie było pierwsze i ostatnie ale pozytywne doświadczenie z barem czy restauracją w Hiszpanii. Objętość (2 dania) potraw jak i jakość były skuteczne, na dodatek końcowa cena: 9,00 €uro wliczając 2x1,5L wody oraz bajeczną cafe. Jak bym nabrał nowych sił – godzinna przerwa pomogła, przynajmniej w tym dniu. Potem trochę górek do Sacaruela i skręt w prawo w N-415: już z górki! Słonecznie, piękne drogi, prawie pusto, gaje oliwne i oliwne gaje na przemian z sadami oliwkowymi, co jakiś czas pola i owce. Dojechałem do N-430, słaby ruch i zaraz wioska Puebla de Don Rodrigo. Ujechałem niecały kilometr za i szybka decyzja o noclegu w terenie. Miejsce nie za bardzo atrakcyjne, bo jakieś wysypisko kamieni i cegieł, a gaj oliwny na wzgórzu. Robię porządki na placu i rozkładam MSR-a. Mam zapas wody, więc gotuję ryż z ziołami (“żelazny standard”); zanim wejdę do namiotu robię “ogrodzenie” z paru linek doczepiając je do pustych kanistrów po czymś co leży tam do dziś. W nocy parę dyżurnych wyjść w krzaki, ponadto jakiś zwierzaczek (chyba) potknął się o mój “alarm”, więc zaszczekałem jak pieso-kot (czyli połączenie miauczenia w wyciem oraz szczekaniem) i... już było cicho.

ETAP 3, Garmin: 171km; 7h41min; 22.33km/h; AVGhr114; Kalorie 2421; wznios 907m.

3a 3b 3c

-----------------------------------------------------------------------------------

24.12.2015, Wigilia czyli Nochebuena, ETAP 4, 89km: PUEBLA de Don RODRIGO (obóz) – OBANDO (Navalvillar de Pela). Spanie w namiocie i przez to zawody w zwijaniu całego majdanu. Wyjazd ok. 11.30 ale nie ma tego nie dobrego jak mówią, bo od razu podjazd 6-10 km/h i już wiem, że nici z długiej jazdy. Omyłkowo i testowo włączam Garmina 2 razy, więc muszę zsumować potem dane, jednak jeśli od początku masz podjazd 1,23 km i jedziesz ten dystans prawie 9 minut to.... Kumulacja zmęczenia czy przetrenowanie – bez względu na nazwę nie trzeba się oszukiwać. Wiem co mnie czeka ale jeszcze 50 km i będe myślał o porządnej noclegowni. Po drodze wstępuję do baru. Przy stole rodzina i jakby świątecznie, bo tylko jeden stół zajęty. “¿Tiene algo para comer?” zadaję co najmniej głupie pytanie, w końcu oni jedzą a ja nie. Nie bawię się w większe konwersacje tylko pokazuję na zapełniony talerz na ich stole, po 5 minutach dostaję to samo, zawartość znika i nawet nie wiem ile czasu popracuje wątroba (moja a nie ich), mniam, super zupka! Tradycyjnie poprawiam cafe i zmykam myśląc gdzie i jak najszybciej spędzę Wigilię. Przed Navalvillar to nie była już jazda, tylko kierat! Wjeżdżam do misateczka lecz otwarty hotel jest tylko w Obando: Don Juan. Tam postanawiam zostać dwie noce – lubię (wy pewnie też), wręcz uwielbiam dobre decyzje. Pogodnych Świąt Bożego Narodzenia dla wszystkich, Feliz Navidad!

ETAP 4, Garmin: 89,33km; 4h28min; ok. 19km/h; AVGhr ok. 109; Kalorie: 690; wznios 686mr zupka!

4b 4c

-------------------------------------------------------------------------------------

25.12.2015 i to jest czego potrzebowałem, a być może Ktoś chciał aby porządnie Uświęcić Boże Narodzenie? I był wreszcie porządny sen. O 12.00 w odwiedzinach u Nowo Narodzonego, zamiast organisty rozdawali grzechotki, więc coś nowego i jak pięknie! W pełni Nasycony wróciłem do Don Juan. Plany na jutro: Wyjechać o 08.00 (będzie ciemno ale tu świeci do około 18ej). Plany (po to są żeby je zmieniać) dalsze: W 3 dni do Sagres, JNP (czyli: Jeśli Noga Poda)

-------------------------------------------------------------------------------------

26.12.2015, ETAP 5, 205km: OBANDO-Ruecas-Santa Amalia-Guarena-Almendralejo-Santa Marta-Almendral-Taliga-VILLANUEVA DEL FRESNO. Start z hotelu Don Juan w Obando o 08.00. Pomogło i to jeszcze jak! Dwie normalnie przespane noce, skąd my to znamy? Sen to najlepszy lek na regenerację, na dodatek całkowita cisza w hotelu. Potem jednak próbowałem sobie wmówić że niska moc (począwszy od ok. 65km) to brak żarcia. Po posiłku zapał był ale moc? Mimo to przepiękne drogi oraz dodatkowy posiłek zakropiony jeszcze jedną cafe. (Garmin o godzinie 14.30: 122,5 km; czas 5:15, AVGhr 121; kalorie 2022, więc siesta; 23,4km/h. Jem i jadę dalej...piękna pogoda ok. 15 stopni)

5a 5b

Psycha jednak oszukała inne słabości i...dociągnąłem do Villanueva del Fresno czyli 205km! Wjeżdżam do miasteczka, gdzie nastrój Świąteczny a po kliku pytaniach wśród tubylców trafiam do Hostalu, gdzie dwie miłe Hiszpanki oddają mi pokój (i tylko pokój) za 20,00€uro. Na dole ściągam sakwy, rower po schodach do góry i.. po raz pierwszy mój czołg będzie spał/stał koło mnie. Szukam baru czy restauracji ale coraz większa cisza, więc znajduję sklepik, a raczej i  ciastkarnię, gdzie rozbijam bank: kupuję 4 wielkie bomby kaloryczne, raz się żyje! Zabieram bomby, dokupuję zapalniki (2x piwo) i spływam na pokój im spokój; odbezpieczam i odliczam co parę chwil połykając (ucztując!) prawie wszystko po kolei. Włączam TV, rower stoi z boku i mlaska; żal mi się go zrobiło więc w nagrodę łańcuch otrzymuje ode mnie parę kropli smaru Swiss Made.

ETAP 5, Garmin: 205km, czas: 9:06:08, 22,61/kmh; AVGhr 119, kalorie 3236, wznios: 1246m.

5d

--------------------------------------------------------------------------------------

27.12.2015, ETAP 6, 151km:  VILLANUEVA del FRESNO-granica ESP/POR-Mourao-Evora-Montemor-o-Novo-N253-Santa Susanna-ALCACER do SAL (Stop za miastem).

Po wczorajszej dawce dystansu jak i bomb kalorycznych nie czułem zmęczenia ale jak mówią “licho nie śpi”. Po przekroczeniu granicy świat się zmienił a i ludzie – szczególnie za kierownicą – także.

Poboczy nie było i coraz częściej uważam na dziury w asfalcie. Do Montemor jest w miarę płasko i bezpiecznie, potem skręcam na N-253 i jadę raczej idyllowym szlakiem. Co prawda nie ma pobocza, od czasu do czasu coraz więcej ubytków w asfalcie, a ja myślę o tym jak dawno sprawdzałem ciśnienie w oponach. Sposób wyprzedzania mnie przez samochodziarzy zupełnie inny niż w błogiej Hiszpanii – trudno wyczuć co zrobi kierowca ale najczęściej pcha się na trzeciego. Przed Alcacer piekny zjazd ale myślę sobie że cos nie tak, że nie tak słodko będzie i faktycznie: przez Alcacer przejeżdżam trochę po bruku i...

ALCACER ALCACER

zaraz potem trudny (bo pod koniec etapu jest zawsze ciężko) podjazd. Za miastem znajduję mały lasek korkowy i tam będę obozował. W nocy parę szturchnięć (wiatr) o namiot, więc było spokojnie do momentu kiedy ktoś obrócił menzurki nie tą stroną i zaczęło padać. Teren uroczy, choć nie daleko droga i od czasu do czasu jakiś kierowiec mordował silnik na nieodpowiednim biegu.

ETAP 6, Garmin: 151km; 6h54min; 21.88km/h; AVGhr 109; Kalorie 2026; Wznios 1090m

6b6c6g

Fotka: Nocleg 27/28.12 wśród drzew korkowych.

fot07

---------------------------------------------------------------------------------------
28.12.2015, ETAP 7, to miał być długi i ostatni przed Sagres. Niestety, po 10 km jazdy laczek czyli wymiana opony i dętki. Strata prawie 2 godzin - na dodatek typowa tirowska trasa: Wyścig szczurów i pseudo pobocze (to nie Hiszpania). Lało i padało ale ciepło: 14-15 stopni. Za Grandola zmieniłem na drogę N120 na Santiago. 13:20 mam przejechane 30km. 13:30, obiad.

fot08 Ceslaus Vo. z organizatorem TransPortugal MTB

Lokalizacja: Santa Margarida da Serrakliknij tutaj

28.12.2015, ETAP 7, zakończenie. Taką jazdę dawno miałem! Górki i pagórki i zaczęło dmuchać - jasne że wiatr od przodu. Po prawej coraz ciemniej. Dojechałem za Chaparral przy N120 zjadłem w barze, i po ujechaniu 500m oberwanie chmury oraz prawie huraganik. Nawrót do Cazcal i Hotel. "Ciepło jest dobre i leczy!"

ETAP 7, Garmin: 78,5km; czas 4:42; 16,67km/h; AVGhr: 110, kalorie: 1524; wznios: 971m (to taki Połczyn Zdrój tylko asfaltem lub poboczem).

--------------------------------------------------------------------------------------

29.12.2015, ETAP 8 (powinien mieć numer 7b), hotel dla aktywnych i głodnych "MB Casazul Mountain & Beach" w Cercal. Live,godz. 09.30: Prawdziwe śniadanie (z glutenem) starczy na dwoje ale wciągam po kolei co na stole (oprócz naczyń). Przewidywany start ok godz. 11.00 czasu polskiego. Kierunek Sagres!!!

Etap 8, trasa N-120 w większości malownicza i mocno pagórkowata; czuć powiew oceanu, byłem tu... 14 lat temu ale samochodem. Po trasie staję tylko za potrzebą a w jedzenie zaopatrzyłem się w MB Casazul w Cercal. Odcinek z Vila di Bispo oraz w samym Sagres mocno atakowany przez wariatów samochodowch: Gaz, hamulec, gaz, nie do wiary jaka różnica między Hiszpanią a Portugalią.

ETAP 8, Garmin: 111km, 5h40min; 19,7km/h; AVGhr 108, kalorie 1683, wznios 1058.

8ł8m8n


29.12.2015, Biorę apartament w Apartamentos Tonel z myślą o porządkach, i suszeniu namiotu, (fotki) śpiwora i całym majdanie. W pobliżu żadnych sklepów więc pozostaje Intermar-sze-m po zakupy. Atakuję pierwsze najważniejsze stoisko (fotka) i wracam do Tonelka gdzie miła mi obsługa też hałdę ciuchów opierze.

FOT15FOT16FOT17

------------------------------------------------------------------------------------

30.12.2015, budzę się późno lecz jeszcze po 8ej a ciemno,  Szum Atlantico ale najpierw czyszczenie organów z glutenu (od prawie 9 dni dieta oparta na zbożowych: Tortilla, pane, tortilla, pane.) Robię talerz (fotka) i zabieram się za wirtualia, garminowanie, fb.

sagres03

30.12.2015, dziś pierwszy dzień odpoczynkowy oraz porządki ze sprzętem. Również spacer do Fortalezy w Sagres. Po drodze na skałach wędkarze, często na skrawku skały - to takie miejscowe szaleństwo. Nakręciłem parę filmików ale jakaś cenzura nie puszcza do bazy w Poznaniu. Z tą panią bardzo sympatycznie, jest z Middlands, więc tereny mojej śp. babci Salomei.

fot33 fot24 fot25

30/31.12.2015, trochę zdjęć z podziałem tematycznym: Architektura mała, skromna i już odrestaurowana, no i inna, być może ktoś zdąży zanim czas przyspieszy.. Najpierw to co wielu nazwie: Ładne

fot34 fot27 fot29

Pewien sentyment ale jacyś "malarze" próbowali renowacji, stracili i czas i pieniądz - standard kiczu i perwersji. Lubię coś do remontu

fot28 fot35 fot36 fot37

30.12.2015: Licznik SEB razem z prologiem (48,21): 1163,42 km (wg garmina). Dane z 8 etapów: 8 etapów 1115,21km, średnia na etap: 139,40km. Ponad 9100m przewyższenia! Kalorie: 18321.
Plany: 3 noce w Tonel/Sagres. Ruszam 1-go stycznia i etap: Sagres - Ayamonte, a widząc tą trasę i wielość terenu zabudowanego oraz ruch samochodowy będzie się działo. Optymalna godzina startu: 08.00 w nadzieji że po drodze będzie wszystko spało ujarzmione megadawkami sylwestrowych balang i napojów.

---------------------------------------------------------------------------------------

31.12.2015, posłuchajcie: Naprawdę to ładne Sagres, większość domków śliczne i dobrane kolory - a te drzwi i bramy to czekają na uzdrowicieli wiecie czego tu brak? Niczego, coś musi być stare i podniszczone, bo jeśli tylko błysk, luksus, nowość to po co markety budowlane?

fot26 fot30 fot31 fot32

---------------------------------------------------------------------------------------

01.01.2016, ETAP 9: Sagres-Lagos-Porches(kawka i fotka na BP z Joao)Pera-Loule-Sao Bras-Tavira-Vila Real de Santo Antonio-prom-Ayamonte-Lepe.
Wyjechałem ok.. 08.30 ale ciemnawo było. Na wschodzie pochmurnie i świtało. Bardzo dobrze się jechało, potem jednak (tak od ok. 10-ej), samochodziarstwo nie wytrzymało więc mały stres z kierowcami. Bien! Trasa mocno pagórkowata co widać na Garminie. Do Lepe dotarłem jak już ciemno było, w poszukiwaniu Hostalu najechałem na wyrywkę w asfalcie i to chyba wtedy oponę dobiło i czułem, że pływam - dosłownie 200m od hostalu. Po 184 km i tym flaku miałem ochotę tylko do restarante. Tam poznałem Artura rodem z Wągrowca więc miło się rozmawiało.
Etap 9: Podsumowanie z Garmina. 184km, czas samej jazdy: 7:48:40, 23.68km/h; AVGhr: 114, kalorie: 2525; wznios: 1497m.

fot38 fot39 fot40 fot48

fot41fot42 fot43

---------------------------------------------------------------------------------------

02.01.2016, ETAP 10, 133km: LEPE-Gibraleon-Lucena del Puerto-Almonte-Pilas-Benacazon (nadłożyłem trochę trasy)-CORIA del RIO. Wczoraj odpuściłem naprawę, po prostu powiedziałem sobie: mańana”. Rano “śniadanie” standart czyli Izolat z sokiem oraz zabrałem się tylne koło. W związku z tym że miałem tylko jedną dętkę 28” typu “tour” postanowiłem naprawić jedną z dziurawych. Nie miałem jednak kleju. Rano pytam Diego oraz przechodniów o sklepy rowerowe w Lepe, ślepak ze mnie bo 150m od Hostalu jeden jest! Jakie to wspaniały luz życiowy: na sklepie żadnej informacji czy i kiedy sklep będzie czynny. Świetnie. Siadam na krawężniki i czekam. Po chwili decyduję się na poszukiwanie innego, który znajduję kilometr dalej. Kupuję klej (cudo!) ale dętek typu “tour” z zaworem presta brak; dla pewności a raczej dla zwiększenia obrotów w tym sklepie dokupuję dętkę do szosy (18-23mm, brrrrrrrrrrr.) i PiT Stop. Wracam i kątem oka widzę że sklep koło Hostalu już otwarty; kleję dętkę (na której dojadę do Alicante), zakładam i melduję się na pompowanie: 5,5 bar “to je to panie Ceslaus!”.Ruszam ok. 13.00 z jednym celem: jechać.Mimo napompowania opony w sklepie - ujechałem ok. 16 km - musiałem ratować Pit Stop’em, pomogło bo tak dojechałem do Coria. Podczas jazdy za dużo myślałem o tylnym kole i przy każdej okazji sprawdzałem palcówką ciśnienie. Było dobrze. Pogoda zmienna ale bez ulewy, a przed Gibraleon musiałem zdecydować wersję trasy: czy na Trigueros (trasa wolniejsza ale dziksza czy N-431). Wybrałem “łatwiznę” ale tylko, dlatego że trasa niby prostsza. Wszystkie miejscowości mają obwodnice więc było gładko, bez hopków ale za Aznalcazar pomyliłem trasę i zaliczyłem Benacazon. W Almensila małe zaopatrzenie (dla nas te sklepiki są dziwne bo sprawiają wrażenie jakby właściciel traktował jak hobby: tylko podstawowe artykuły i... czasem kupony loteryjne) bo miało się ku zmroku, a chciałem koniecznie dojechać w tym dniu do Coria.

Tu skończyłem ok. 19.30 ale zeszło na szukaniu hotelu (“Gran Avenida”), który wygląda na bardzo porządny (bo jest) i... pusty. Dziś zamiast restaurante - do marketu oraz kolacja w pokoju i spokoju (jamón, pomidory, zielone czyli sałatowe, i trochę glutenu)
Etap 10, Garmin: 133km, 5h35min; 23.85km/h; AVGhr: 114; kalorie: 1722; wznios: 713m.

fot46 fot47

---------------------------------------------------------------------------------------

03.01.2016, ETAP 11, 143km: CORIA del RIO-promik/ferry -droga nr. SE-3300-Los Palacios-Utrera-El Coronil-Olvera-ALMARGEN.

Do wszystkiego trzeba nabrać nawyku i dystansu oraz podeprzeć to rutyną ale bez przesady (ot i mądrość życiowaUśmiech), he, he. Rano zwinąłem majdan dość szybko i odpaliłem “garnek” (Garmin) o 08.30. Krótki przejazd do promu przez śpiące miasteczko. Znałem namiar z internetu ale nie przejmowałem się ani harmonogramem (czy taki istnieje?), czy “to” pływa czy tylko kijami odpychają. Skręcam na “molo” a gość mnie ponagla; musiałem jednak wyhamować bo 15 cm podjazd na metalową rampę z ostrym kantem jest nie możliwy. Z roweru i delikatnie wprowadzam na “pokład”. Pytam o bilet w odpowiedzi słyszę “un €uro” i za parę minut jestem na drugim brzegu. Po zjechaniu z łódki dużo kolarzy MTB, a potem szosowców. Najbardziej mokry etap, potem doszły podjazdy i zjazdy, na moment przestało padać. I znowu wiało, lało, dmuchało, mżyło oraz padało z każdej strony. Nie zwróciłem uwagi czy to też pot czy mokrość zewnętrzna. Mimo to 66km/h na jakimś zjeździe, więc adrenalina. Na drodze “375” znaczny ruch samochodowy ale ciężarówek mało. Po zmianie kierunku na N-384 większy spokój na dodatek jadę asfaltowym poboczem. Jakoś dociągnąłem (bo mózg nie przebije braku mocy) do Almargen. Hotel pusty ale bar pełen hiszpańskiej wrzawy - standard. Zanim wziąłem klucz poprosiłem lampkęKieliszek Martini "terry", żeby miejscowi nie myśleli że ułomny przyjechał. Terry es bien! To był trzeci "terrusik" tego dnia. Wszystkie dni są szczęśliwe, nawet jak pogoda nie ta lub mój Betis przegrywaKciuki w dół (0:4). Rower ponownie otrzymuje miejsce w pięknie przygotowanej restauracji hotelowej, na dodatek – i żeby nie było mu smutno – Carmen, Cristina cz Catallina zapala parę świecTort urodzinowy na przystrojonych stołach. Jedno ze zdjęć oraz filimik to OLVERA, przepięknie położone miasto w Andalucia.

Etap 11, Garmin: 143km; czas: 7:20:48; 19,56km/h; (maks. 66,08km/h); AVGhr: 108; kalorie: 2167; wznios: 1558 (a jednak)

fot49 fot50 fot51 fot52

--------------------------------------------------------------------------------------

04.01.2016: Względy pogodowo-fizjologiczne jak i chęć poznania tubylców. Nie tylko jazdą człowiek żyje - zostaję w Almargen, to ciekawe jaka wielość barów w takim miasteczku. Spacer, mżaweczka, obiad: znowu carne i kartofelsalat (podobne!) - trzeba się ładować; jutro Antequera i dość podjazdów.
Podsumowanie 11 etapów SEB: 1575,21 km; 143km dziennie.

fot53 fot54 fot55

--------------------------------------------------------------------------------------

05.01.2016, ETAP 12: Almargen-Antequera-Villanueva de la Concepcòn-Riogorodo-Velez Malaga-Torre del Mar-Nerja.
Wczoraj: ładowałem organizm z nadzieja, że przestanie padać. Powietrze z tylnej opony nadal ale delikatnie schodziło. Przy barze "chłopcy"(foto) poradzili mi kto może mieć pompkę z manometrem.
Rano: Rewelacja! Jest pompka u mechanika (fotka) który jest.. Triatlonistą! Bien! Pompujemy do 5,5 bar i jazda!

fot59fot60fot61
Do Antequera mam przeciętną ponad 27km/h. No a potem wjazd na El Torcal de Antequera i Pedro's (wiatr) dał mi w kość, że mało mnie nie zmiotło w barierki albo w... Na zjazdach zamiast full gas to ostrożnie. I tak było do Riogorodo i nagroda czyli zjazd do Torre del Mar gdzie spotkałem: Rabajas, ofertas, etc, etc, czyli szał motoryzacyjno-marketowy. Jadąc wśród auto-hipnotyków oto stoi na chodniku piękna dziewczyna a ja strzelam od razu po naszemu i trafiam w 10-tkę. Polka, najprawdziwsza! Kilka słów pozdrowień i zmykam dalej. Meta etapu w Nerja oraz nagroda (4* za taką cenę!?) w Perla Marina.
Etap 12, Garmin: 154km; 6h43min; 22.97km/h; (maks. 71.09km/h!). AVGhr 115; kalorie 2386; wznios 1860m
Fotka no. 1: Pożegnanie poranne z kumplami w Almargen. Fotka no. 2: Piękna Antequera, fotka 3: Taki zjazd po la comida.

fot56 fot57 fot58

--------------------------------------------------------------------------------------

06.01.2016, ETAP 13, 186km: NERJA-Salobrena-Adra-Almerimar-Roquetas de Mar-Almeria-RETAMAR
Najedzony na 4 gwiazdki ruszyłem z kopyta. Tradycyjnie ok. 09:30, piszę tradycyjnie bo po jakimś etapie dałem spokój z włączaniem alarmu z budzeniem na xx godzinę. “Oddaję się Tobie – Naturo”! – powiedziałem sobie.. Za Nerja zaczęły się malownicze podjazdy oraz kilka tuneli. Jak większość kolarzy wie - jazda w tunelu, nawet krótkim – to dziwne wrażenie potęgi... hałasu, a jak dojdzie do tego przejazd dziesięciu motocykli z niemieckimi rejestracjami to dostaję dodatkowej motywacji aby jak najszybciej taki tunel opuścić. Ten Etap najbardziej górski; jeszcze nie sprawdzałem ale chyba o najwyższym wzniosie. W jakimś momencie przejechałem zjazd z drogi N-340 na trasę bardziej spokojną i bliżej morza (za La Rabita); zaczął się podjazd i Pedro lub wielu Pedro’sów zaczęło wiać z taką siłą, że musiałem zejść z roweru. prowadziłem rower asfaltowym poboczem ok. kilometra i coś mnie tknęło: spojrzałem na Here Map. Karamba! przecież za moment N-340 zmienia się w.... autostradę! Zawróciłem ale próbowałem ujechać parę metrów; Pedros wiał od lądu więc przy jakimś podmuchu prawie wylądowałem na pasie dla samochodów. Prawie sprowadziłem rower do zjazdu bo o jeździe nie było mowy. Wjechałem na boczną drogę i zaczęły się kolejne podjazdy ale Pedros tu nie dmuchał. Za daleko nie ujechałem, oto kierownicą było ciężko ruszać, co jest? może stery? A gdzież tam! Guma czyli laczek z przodu. Oglądam oponę i zaczynam nożem wydłubywać to co nazbierałem, a szczególnie to co było największe. PitStop + “ciężka” pompka i jadę dalej. Przede mną jeden półwysep i raczej dzika oraz malownicza trasa. Przejeżdżam przez Aguadulce, rondko z górki i mówię do siebie: dziś będzie ponad 200km. Za Aguadulce spotykam drucianą bramę w poprzek drogi! Tak, droga zamknięta! Obok bramy dwóch kilkunastolatków na rowerach i dowiaduję się, że natura miała dość i w postaci kilkuset ton zrobiła sobie spacer w kierunku morza, a że miała po drodze... drogę no to taki wynik. Zapraszam chłopaków do miasteczka na Coca-Colę i czekamy na 19.00, bo podobno droga na parę godzin będzie otwarta. A żeby nie oni? Przed siódmą wieczór ruszam w kierunku bramy: otwarta  ale trzeba uważać po autka jadą z naprzeciw. Za Almeria decyduję się na Retamar, gdzie na początku trafiam na tani Hostal.
To był naprawdę przygodowy etap: podjazdy, zjazdy, parę tuneli, pomyłka na trasie, wiatros Pedro’s, nowa znajomość z chłopakami (dzięki.... bramie na szosie), awaria opony i hiszpańska “żabka” koło Hostalu, gdzie zdążyłem dokupić wodę oraz niezbędne kalorie.
ETAP 13, Garmin:  186km; 8h18min; 22.44km/h; AVGhr 105; kalorie: 2296; wznios 1826m

-------------------------------------------------------------------------------------

07.01.2016, ETAP 14, 171km: RETAMAR-Fernan Perez-Carboneras-Garrucha-Aguillas-PUERTO de MAZZARÓN
Wyjechałem godzinę wcześniej niż wczoraj. W takich przypadkach prawie zawsze stosowałem metodę śniadaniową nr. 1: 0,5-0,6 lltra wody z izolatem białkowym oraz z dodatkiem soku lub Nutraxx Regeneration. Jechałem na tym 1,5-3 godziny (w zależności od zasobów energetycznych z poprzedniego dnia), po czym spożywałem wcześniej przygotowane śniadanie zasadnicze: ryż z pomidorem i 2-3 jajkami. Reszta dnia upływała na batonach, żelach lub nawet 1-2 dodatkowych ciepłych posiłkach. Dobrze! Mamy etap 14 i teoretycznie jutro, tj 8-go powinienem być w Alicante.
Przejazd od Retamar przez “de Cabo de Gata – Nijar” wbrew obawom - odnośnie oznakowania dróg - skończył się dość szybko ponieważ wybieram tylko asfalty zamiast wcześniej planowanego szutru (do Fernan Perez). Co raz cieplej, a po południu cały czas ponad 20 stopni. Na trasie tysiące hektarów pod folią: teren intensywnej uprawy warzyw, a dalej wymarłe gospodarstwa i krajobraz stepowy. Za Carboneras piękny podjazd i serpentyny – wspaniale! Spotykam motocyklistów hiszpańskich, rozmawiamy trochę po angielsku, robimy parę zdjęć i grzeję (bo grzeje) dalej; cały czas malowniczo wzdłuż wybrzeża Costa Calida. Przed Mazzarón (ale nie “puerto”) muszę dojechać do trasy N-332 i mijam to miasto bo na celu Puerto de Mazzarón. Tu znajduję pensiones “Egea”, czekam hiszpańskie 30 minut (czyli x 2) na właścicielkę, a potem po pobraniu kluczy od pokoju ruszam do najbliższej restauracji.

ETAP 14, Garmin: 171km; 8h04min; 21.30km/h; AVGhr 104; kalorie: 2231; wznios 1738m

--------------------------------------------------------------------------------------

08.01.2016, ETAP 15, 132km: PUERTO de MAZZARÓN-Cartagena-La Puebla-San Pedro-Torrevieja-Santa Pola-Urbanova-ALICANTE.
Najpierw i... tradycyjnie górki Sierra de la Muela, obwodnica Cartagena i uprawy warzyw: różne rodzaje sałat czy kapusty: mniam, mniam! Niby płasko ale zbieram te metry i zbieram. Nogi i całe ciało zajechane ale wiem, że dziś dotrę do Alicante. Jak mam tylko 50 km to wybieram trasę na Santa Pola i obok przylądka “Cap de Santa Pola”, gdzie jadąc wąskimi asfaltami wyprzedza mnie “hiszpan” na rowerze górskim, mówiąc coś do mnie po hiszpańsku w wyraźnym nie-hiszpańskim akcentem – po prostu: mówił za wyraźnie. Zanim odjechał odgadłem jego narodowość; pokazał kciuk do góry i tak poznałem Tomka, a potem jego żonę  i dzieci.

ETAP 15, Garmin: 132km; 5h41min; 23.34km/h; AVGhr 97(! to nie były opary ani wyziewy; jechałem na... niczym); kalorie 1317; wznios 911m

--------------------------------------------------------------------------------------

09.01.2016, Dzień odpoczynkowy i porządkowy. Dałem odpocząć rowerowi; wstawiłem go na magazyn i zdjąłem sakwy: wszyscy jednogłośnie odezwali się do mnie miłym: ufffffffffffffffffff! Ponownie duchowa wizyta w San Gabriel i przedłużam spacer do Alicante. W celach porównawczych (bo to na koniec można być trochę obłudnym) wizytuję Corte de Ingles jak i całe miasto zarzucone “rabajas” (rabaty i obniżki, przeceny i promocje, wyprzedaże i okazje, oferty i likwidacje, itd, itd). W piętrowym markecie szał zakupów i kolejka do.... restauracji, ja wybrałem ubikację: nie było żadnych specjalnych ofert ale okazja do załatwienia sprawy, bez kolejki! Potem uzupełniam nerki jednym małym cerveza.

---------------------------------------------------------------------------------------

10.01.2016, Epilog, 104km: ALICANTE – Relleu – ALICANTE.
Miałem zamiar “dokręcić” oraz osiągnąć nie-magiczne 2500km ale byłem (jestem) i tak szczęśliwy, więc po co szarpać się. Wsiadłem na rower (bez sakw) jednak jeden dzień przerwy (wczoraj) i tak nic nie zmienił. Byłem totalnie zmęczony. Najpierw pomyślałem sobie o Calp ale jak umówiłem się z rodziną Tomka w Alicante na 15.00 to “zjechałem” do realiów. Niedziela rano: trochę ruchu samochodzików ale jadąc najpierw wzdłuż morza dużo biegaczy, rowerzystów i kolarzy oraz.., piesków co wyprowadziły panie i panów na spacerek. Potem zmiana kierunku i miękki podjazd na Relleu. Fajna trasa i już powoli myślałem o wydłużeniu tego etapu ale parę podjazdów spowolniło jazdę. Powrót przez Orxeta i niestety trasą N-332. Trasa znowu podjazdowa ale to nie był problem, problem to szkło, porozbijane butelki, szyby i inne szklane dziwactwa – i to akurat na pasie rezerwowym. Szczęśliwie docieram na deptak koło portu jachtowego w Alicante, a tam Tomek, Iwona z dziećmi już czekają. Przejechałem Hiszpanię i Portugalię i dopiero tu paella, prawdziwa i na patelni, którą dobarwiam 4 x El chicco (takie fajne coś tam). Na dodatek jest i muzyka! Jest Hiszpan i gra na gitarze Flamenco, bajka! Jeszcze parę kilometrów i w “domu”, czyli B&B.
EPILOG, Garmin: 104km; 4h43min; 22.07km/h; AVGhr 109; kalorie 1374; wznios 1198m

 

 

bikevita facebook

Statystyki zbiorcze na stronę